RSS
poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Przez ponad tydzień mieszkał u nas kot.

Kociak właściwie. Płci chyba żeńskiej, ale moja koleżanka - weterynarz - nie chciała dać 100% gwarancji ze względu na bardzo młody wiek zwierzaka. Kocina została znaleziona u mnie w pracy, w przestrzeni między sufitem a dachem, gdzie biegną przewody wentylacyjne. Nie mamy pojęcia jak się mogła tam dostać, ale mamy dość uzasadnione podejrzenia, że spędziła tam kilka dni, bo czasami słychać było cichutkie i dość żałosne miauczenie. Aż kociak dotarł do pokoju, w którym jedna z płyt sufitowych była wyjęta i wówczas jego miałczenie już nie było takie cichutkie - rozległo się gromkim echem wśród większości pracowników, którzy na różne sposoby - prośbą i groźbą - próbowali kota wywabić. Kociak może i był nieco wycieńczony, ale bronił się zaciekle. W końcu jednak odnieśliśmy sukces, choć okupiony kilkoma ranami szarpanymi.

To wszystko działo się na kilka dni przed sierpniowym długim weekendem. Kociak zamieszkał w prowizorycznym pudełku u mnie w pracy, ale niestety z perspektywą spędzenia trzech długich dni w pustym biurze. Nie miałam serca mu tego zobić.

Zula, z natury przyjacielska, była wniebowzięta pojawieniem się nowego zwierzaka w domu. Już pierwszego dnia postawiła sobie za punkt honoru zmyć z kota jego dziwny w jej mniemaniu zapach i zastąpić go zapachem własnej śliny. Kot początkowo stawiał dzielnie odpór, ale po dwóch czy trzech dniach poddał się tym zabiegom pielęgnacyjnym pod warunkiem jednak, że nie były przeprowadzane zbyt brutalnie. Kocina ogólnie zadomowiła się u nas dość szybko i odkryła znaną większości kotów tajemnicę, że psy nie potrafią za bardzo się wspinać. Z pewnym szacunkiem patrzyłam jak kot siedzi na oparciu od kanapy, na którą psu nie wolno wchodzić i za każdym razem jak Zula wyciąga w jego kierunku swój pysk, on jakby od niechcenia uderza ją lekko łapą po mordzie. Cały kot był może wielkości głowy mojej suki, nie mówiąc już o tym, że był "szczeniakiem", ale już w tak młodym wieku wywalczył sobie wyższą pozycję w hierarchii naszego stada. 

Kot ma teraz nowy dom z ogrodem a nasze życie wróciło do normy. Po psie nie widać za bardzo, żeby tęsknił. Raczej chyba cieszy się ze swojej odzyskanej pozycji.

 

Pogodny, niedzielny poranek ...

 

20:16, lab_rat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 lipca 2008

Dosłownie i w przenośni. Wraz z zakończeniem roku szkolnego, skończyliśmy nasze zajęcia z podstawowego posłuszeństwa. Co prawda mamy jeszcze do odrobienia 6 godzin z okresu, kiedy Zula miała cieczkę, ale egzamin końcowy jest już za nami (z wynikiem pozytywnym).

Przyzwyczailiśmy się do obecności wielkiego, czarnego kundla w domu - szczególnie ja. Jak nie ma jej w domu, to tęsknię i łapię się na tym, że odruchowo poszukuję jej wzrokiem. Zula jest bardziej moim psem. Nie wiem, czy to przez przebyte razem godziny szkolenia, czy po prostu - przez miłość (którą niektórzy określili by mianem rozpuszczania). Podobno sznaucery mają taką naturę, że przywiązują się szczególnie do jednej osoby.

Mam swojego psa. Długo za tym tęskniłam. Jak już ktoś przyzwyczai się do obecności czworonoga w jego życiu, trudno jest z niej zrezygnować. Powiem tylko tyle - mój pierwszy pies, E.T. pojawił się w naszym domu jak miałam 9 lat. Odszedł jak miałam 26. Był dla mnie namiastką rodzeństwa. Najbliższym przyjacielem i jedyną istotą na świecie, która kochała mnie bezwarunkowo.

Zula jest inna. Tak jak E.T. ma swój charakter, jest niezależna i to mi się w niej podoba. Ale jest też chyba większą pieszczochą. Na razie jest jeszcze młoda i głupia, ale mam przeczucie, że będzie z niej kawał porządnego psa.

 

Zula i ja
 
Skok przez przeszkodę
 
Prawie jak Szarik
21:09, lab_rat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 maja 2008

Zula dostała cieczkę.

Czekaliśmy na ten dzień (chyba raczej długie trzy tygodnie) z pewną obawą, ale zachowanie suki, przynajmniej dotychczasowe, mile mnie zaskakuje. Wydaje się być nieco zdziwiona, może nawet zaniepokojona, nie do końca wie co jest grane i chyba dlatego na wszelki wypadek jest spokojniejsza niż zwykle. Pierwszy tydzień mamy już prawie za sobą. Choć zdaję sobie sparwę, że najgorsze dopiero przed nami, bo właśnie powinna się u Zuli zaczynać ruja, póki co jestem pełna optymizmu.

Sama suka jeszcze kompletnie nie ma pojęcia "z czym to się je" i jak nawet bardziej doświadczone psy próbują ją uświadomić, zgrywa kompletnego głupa, skacze na nie i chce się bawić. To dobrze. Jest już tak duża, szybka i zwinna, że mało któremu psu udałoby się ją ujarzmić. Ale zajęcia w szkole na chwilę przerwiemy.

Dzisiaj jeszcze zaryzykowałam i chyba bardziej przez ciekawość, żeby zobaczyć co się będzie działo, poszłam. Zula była dość nieznośna, jakby wszystko czego się dotąd nauczyła wyparowało jej nagle z głowy. No, może oprócz chodzenia przy nodze. Jestem zadziwiona że po tych kilku spotkaniach mój pies idzie raźnym krokiem koło mnie na luźnej smyczy zamiast próbować wyrwać mi rękę ze stawu barkowego. Ale już z siadaniem i warowaniem miałyśmy duży problem. Przy każdej nadażającej się okazji Zula kładła się na trawie i zaczynała higienę osobistą, kompletnie olewała moje komendy... ogólnie robiła co chciała i tylko patrzyła na mnie z wyrzutem, że nieustannie do czegoś ją zmuszam. Uważam, że szkolenie w takich warunkach jest bez sensu, więc jutro zrobimy sobie chyba przerwę.

Nie mówiąc o tym, że psy z naszej "klasy" już się zorientowały o co chodzi. Pierwszy oczywiście był pięcioletni Lupus, wilczur, który bezbłędnie namierzył źródło ponętnego zapachu już na samym początku zajęć. Oskar, młody labrador, zorientował się jakoś w połowie lekcji. Ale już przy ćwiczeniu zostawania oba psy tylko czekały na moment, kiedy właściciel wypuści smycz z ręki i pędziły w kierunku Zuli, która, trzeba przyznać, była chyba lekko przestraszona i stremowana.

A jutro jeszcze ma być ładna pogoda. Dziś tylko 2 psy spoza naszej grupy "zwąchały" co się święci. Jeżeli jutro wyjdzie słońce i na Polach Mokotowskich będzie standarodwa niedzielna liczba czworonogów, los mojej biednej suki będzie przesądzony.

19:40, lab_rat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 maja 2008

Naczytawszy się mądrych poradników o wychowywaniu psa, próbuję zastosować zawarte w nich przykazania w praktyce. Książka "Zapomniany język psów" uświadomiła mi, że popełniłam klasyczny zestaw błędów w interpretacji psiego zachowania i Zula żyje w przekonaniu, że stoi w hierarchii naszego stada wyżej ode mnie. Mam nadzieję, że napisane z humorem "Okiem psa" pomoże mi zepchnąć ją na niższy szczebel tej drabiny.

Zasada numer 1: "Osobnik alfa może spać tam, gdzie chce, lecz nikomu nie wolno spać w jego łóżku".

Tu na szczęście od początku byliśmy konsekwentni i Zula nie śpi ani na meblach wypoczynkowych, ani tym bardziej w łóżku. Co nie znaczy, że nie próbuje... Na szczęście jeszcze jestem od niej trochę silniejsza i udaje mi się zrzucić ją na podłogę. Najzabawniej jest jednak wówczas, gdy staram się jej udowodnić, że ja mogę spać gdziekolwiek zechcę, łącznie z jej posłaniem. Pies zaczyna wydawać z siebie serię niezadowolonych jęków i powarkiwań i, skoro nie może bezpośrednio na posłanie, próbuje wejść na mnie.

Zasada numer 2: "Osobnik alfa ma prawo do najlepszych kąsków i je pierwszy. Reszta stada zadowolić się musi tym, co pozostawi ... "

Skutkuje to przedziwnym teatrem, który dla postronnego widza może się wydawać niedorzeczny. Przygotowuję Zuli jedzenie w misce. Potem zaczynam nad nim mlaskać, udaję, że jem... Delektuję się tymi jej smakołykami przez chwilę, aż mnie znudzą i wówczas lekko protekcjonalnym gestem, łaskawie stawiam psu miskę na ziemi - niech sobie zje...

Zasada numer 3: "Kiedy osobnik alfa życzy sobie przejść którędy bądź, pozostali członkowie stada pierzchają natychmiast - nie tyle ze strachu, co z chęci zademonstrowania zupełnego podporządkowania".

Tu na razie odnosimy kompletne fiasko. Stosując się do wskazań zawartych w przewodnikach, należałoby skonstatować, że kiedy idziemy na spacer, to Zula jest przewodnikiem stada (bo wszędzie przeciska się pierwsza), a kiedy ze spaceru wracamy - przewodnikiem jestem ja (bo muszę ją ciągnąć na smyczy). Cóż, tu chyba pomocna jest zwykła psychologia "intuicyjna", która podpowiada nam, że tak naprawdę w obu sytuacjach Zula czuje się przewodnikiem stada, tylko, że w tej drugiej wcale nie ma ochoty wracać do domu i stara się ten przykry moment odwlec jak najdalej w czasie.

Trzy zasady. Tak mało, a jednocześnie tak wiele. Jeszcze ciągle mam nadzieję, że jeżeli tylko będę konsekwentna, z pomocą fachowego szkoleniowca, uda mi się wychować Zulę na psa niemal idealnego. Ktoś mógłby zapytać: dlaczego niemal? Bo ideały są nudne.

 

Zula chce ciasteczko!
20:56, lab_rat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 kwietnia 2008

Nasza Zula była dziś po raz pierwszy w psiej szkole.

W grupie mamy spanielkę, labradora, dwa wilczury i mieszańca rottweilera z nie do końca wiadomo czym. Nie wiem, czy to przez wzgląd na wspólne pochodzenie z psich nizin społecznych, ale właśnie z tym ostatnim połączyło Zulę gorące uczucie od pierwszego wejrzenia, czemu oba psy dawały upust w przerwach między kolejnymi zadaniami.

A jakie były to zadania? Jak się okazało, pierwsze zajęcia w psiej szkole służą przede wszystkim temu, aby psy się zapoznały, wyplenieniu niewłaściwych zachowań wychowawczych u ich właścicieli i poznaniu podstawowych komend… Wróć! Jednej komendy: równaj! Wypowiedziane zdecydowanym głosem i poparte szarpnięciem za smycz ma sprawić, że mój niesforny dotąd kundel będzie grzecznie szedł przy mojej nodze, prawie jej dotykając łopatką. Przez półtorej godziny trwała ta walka nerwów: ona do przodu, ja mówię „równaj” i szarpię za smycz, ona zwalnia odrobinę krok… dopóki nie zauważy czegoś, co ją zafrapuje i będzie chciała przyjrzeć się temu z bliska. I tak mniej więcej co 10 sekund.

Spotykamy się na Polach Mokotowskich. Miejsce jest stworzone dla tego typu szkoleń. Zielono, dużo przestrzeni i mnóstwo dystraktorów na każdym kroku. Myślę sobie, że jeżeli moja nieokrzesana suka z ADHD nauczy się wykonywać moje komendy będąc otoczona kilkunastoma ćwiczącymi lub biegającymi wokół psami i bombardowana zapachami jeszcze kilku tysięcy innych, to już niczego więcej nie będę pragnąć w życiu!

Dodatkowa korzyść z takiego szkolenia, oprócz zawiązywania nowych przyjaźni, to czas spędzony na powietrzu. Zgodnie ze słowami instruktora, Zula po powrocie do domu padła i śpi. Ja jestem w nieco lepszej formie, ale tylko nieco. Półtorej godziny poskramiania psiego instynktu kosztowało mnie jeden pęcherz na ręce i stłuczone kolano. Zastanawiam się, co się teraz dzieje w psiej głowie. Czy Zula przeżywa właśnie dramat związany ze spadkiem w hierarchii stada? Dotąd próbowała mi udowodnić, że to że chodzę na dwóch nogach nie oznacza automatycznie, że jestem samicą alfa. Dziś chyba została zmuszona do zweryfikowania swoich poglądów.

 

Zunia w trawie
20:03, lab_rat
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 kwietnia 2008

Im jest cieplej na dworze, tym Zula chętniej wchodzi do wody. Nasze codzienne, popołudniowo-wieczorne spacery odbywamy na Fortach Bema, gdzie wije się średniej czystości fosa. Zazwyczaj Zula biegnie sobie jej skrajem, co jakiś czas wystraszy grupkę kaczek, czasem wyciągnie z fosy jakąś starą torebkę, ale generalnie nie zagłębia się zbyt mocno w wodę. Chyba że ...

Chyba, że zobaczy szalejące po drugiej stronie psy! Jeden pies nie jest jeszcze w stanie przełamać jej oporów, ale gdy zobaczy dwa bawiące się ze sobą - jest to pokusa nie do odparcia. W takiej właśnie sytuacji byłam świadkiem sceny jak z kreskówki. W jednej chwili pies biegał jeszcze koło mnie, a już w następnej widziałam ją w ślizgowym locie w kierunku przeciwległego brzegu fosy, na którym właśnie uganiały się za sobą dwa psy. Wyglądało to tak, jakby w małym rozumku mojej czarnej suki powstała iście mickiewiczowska wizja, że jeżeli tylko dostatecznie mocno się wybije, uda jej się przeskoczyć na drugą stronę fosy. Niestety, siły okazały się niewystarczające na zamiary. W pewnej chwili zabrakło jej pary i runęła pionowo w dół, prosto do wody. Przez chwilę zdezorientowany pies nie wiedział co się stało. Potem, musiał sobie zdać sprawę z instynktownej umiejętności pływania, w którą wyposażyła go natura. Na koniec, lekko przestraszony, dopłynął do brzegu z którego wyruszył i przyleciał skruszony do mnie.

Mieszanina uczuć, które mi wówczas towarzyszyły, jest trudna do opisania. (1) Dzięki bogom, że postanowiła przypłynąć do mnie, a nie popłynęła na przeciwny brzeg; (2) Czy ta wredna suka kiedykolwiek nauczy się, że jak mówię "nie", to znaczy "nie"; (3) Nie umiem wychować psa, nigdy nie wyrobię sobie wystarczajacego autorytetu, żeby się mnie słuchał; (4) Jak ja ją teraz wysuszę?!; (5) Żeby się tylko nie przeziębiła!!!

Mimo wszystko, mimo, że czasem ręce mi opadają dosłownie i w przenośni, kocham tę kudłatą czarną mordę, nawet o 6:30 rano, gdy zagląda mi w zaspane oczy wspomagając działanie budzika. Cóż, jest pies, a cała reszta musi się do tego dostosować.

00:00, lab_rat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 marca 2008

Powiedzmy sobie szczerze, przy spotykanych ostatnio w Polsce łagodnych zimach, nie istnieje coś takiego jak „sezon na kleszcze”. Już pod koniec lutego pies moich rodziców wylądował u weterynarza z wysoką gorączką. W połączeniu z wyciągniętym ze skóry kleszczem diagnoza była właściwie jednoznaczna – babeczioza. W ostatnią niedzielę byliśmy z Zulą na wycieczce w Czersku i długim spacerze wzdłuż Wisły. Już w trakcie spaceru znaleźliśmy 2 z tych małych drani spacerujących po jej pysku i szukających tylko kawałka skóry dogodnej do wgryzienia się. W drodze powrotnej, głaszcząc ją w samochodzie zdjęłam z niej kolejne 2, w domu podczas czesania… hmm… co najmniej 6. Nie wspominając już o 2 kleszczach, które próbowały mi się wczepić w kark!

Nigdy nie sądziłam, że kleszcz może poruszać się tak szybko. Pierwszego kleszcza znalezionego w domu wyrzuciłam do umywalki z myślą, że za chwilę go utopię. Zdążyłam pójść do kuchni po płyn do czyszczenia, a jak wróciłam kleszcz już maszerował radośnie po ścianie. Dzięki bogu był dobrze widoczny na białych kafelkach. Do teraz nie mam pewności, czy wszystkie kleszcze ściągnięte z nas i psa zostały utopione w sedesie, czy przypadkiem któryś z nich uciekł ze słoika, do którego je wrzucałam i zwiedza teraz mieszkanie…

Różni klimatolodzy i działacze Greenpeace podnoszą alarm i ostrzegają przed ociepleniem klimatu. Straszy się ludzi wizją topniejących lodowców arktycznych, podniesienia poziomu wód i zatopienia iluś tam procent powierzchni lądów, w tym prawie całej Holandii. Zbliżający się Armagedon obejmuje również, według opinii jego proroków, wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi, tsunami itp., itd. Ciekawe, że nikt jak dotąd nie wspomniał o tak prozaicznej sprawie, jak plaga pajęczaków i owadów, które przy łagodnych i bezmroźnych zimach pożrą nas żywcem. W teorii ekologii wszystkie istniejące w biosferze organizmy są konieczne, aby mógł utrzymywać się stan dynamicznej równowagi. Moim skromnym zdaniem, całkowite wytępienie kleszczy, komarów, os i wielu innych gatunków bezkręgowego tałatajstwa nie przyniosłoby za sobą wielkiej katastrofy ekologicznej, a większości kręgowców żyłoby się lepiej. Może już czas ustalić jednoznacznie kto tu odniósł sukces ewolucyjny na naszej planecie?!

 

Zula - rośnie jak na drożdżach

Zula na wycieczce

20:12, lab_rat
Link Komentarze (1) »
wtorek, 29 stycznia 2008

Przeprowadziliśmy się na tydzień do znajomych, którzy mieszkają pod Warszawą, opiekować się ich domem, dwoma psami i kotem. Oczywiście przeprowadziliśmy się z Zulą. Nasz pies dość szybko zapomniał, że pierwsze tygodnie życia spędził z mamą wychowując się w ogrodzie. Owszem, podoba mu się swoboda, a nade wszystko ceni sobie towarzystwo innych czworonogów, ale jak tylko pojawia się możliwość wtargnięcia do domu – pcha się z całą swoją nieokiełznaną energią.

Postanowiliśmy, że na czas naszego wyjścia do pracy Zula będzie zostawała z pozostałymi psami w ogrodzie. Początki były trudnie i to nie ze strony Zuli, która prawdę mówiąc nie miała wyboru, ale z mojej.

Nigdy nie sądziłam, że mogę być nadopiekuńcza! Cały dzień jednak myślałam co też złego może spotkać naszego szczeniaka pozostawionego na pastwę fatalnych tej zimy warunków atmosferycznych. Pierwszego popołudnia, jak przyjechałam z pracy, rzeczywiście nie wyglądała najlepiej. Cała była przemoczona , tak, jakby od naszego wyjścia stała pod bramą zamiast schować się czy to w budzie, czy na ganku. Dziś jednak było już lepiej. Jak podjechałam pod bramę przywitało mnie radosne szczekanie Tymoteusza (owczarek szetlandzki, lat ok. 6) i Heidi (owczarek berneński, 6 miesięcy), a Zuli nie było nigdzie widać. Dopiero po jakimś czasie wyłoniła się leniwie a jej suchość wskazywała, że tym razem skutecznie gdzieś się ukryła przed deszczem.

Tu mała dygresja. Nawet sobie nie wyobrażałam co może zrobić z człowiekiem, a właściwie jego ubraniem, rozszalała trójka radosnych psów nasiąkniętych wodą jak gąbki! Po jednym takim „powitaniu” moje spodnie nadawały się do prania, buty były kompletnie zdefasonowane a płaszcz upstrzony eleganckimi plamami w czteropalczastastym kształcie. A potem – prawie godzinny spacer po łąkach, karmienie po powrocie i wreszcie odrobina odpoczynku. Chyba bardziej dla mnie, niż dla nich.

20:25, lab_rat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 stycznia 2008

6:30. Dzwoni budzik. Wyciągam rękę, żeby go wyłączyć i czuję na niej wilgotne ciepło. Zula czekała pewnie na tę chwilę od co najmniej godziny, wyspana i znudzona samotnym obgryzaniem wszystkich swoich zabawek po kolei. Wstaję. Naciągam dres na piżamę i półprzytomna idę z psem na spacer. Mała tryska energią. Wygłodniała po nocy rzuca się na chleb wysypany dla gołębi. O 6 rano nie mam siły jej za to karcić.

Swoją drogą, nie wiedziałam że ludzie w Warszawie AŻ TAK dbają o wszelkie ptactwo, które nie opuściło naszego kraju na zimę. Pamiętam, jak śmiałam się z Goldenki spotykanej na spacerach, która rozpędzała stado kaczek na zamarzniętym stawie tylko po to, żeby dorwać się do ich chleba. Teraz już mnie to nie śmieszy. Nasz wiecznie głodny szczeniak zachowuje się jak odkurzacz – na spacerach i nie tylko. Wszelkie resztki organiczne znikają w jej przepastnym pysku najczęściej zanim jeszcze zdążymy zareagować.

Problemy zdrowotne mamy już chyba za sobą. Po szczepieniu przez prawie tydzień miała stan podgorączkowy, ale groźba nosówki została już chyba zażegnana. Rośnie jak na drożdżach i nawet jest pojętna. Najbardziej śmieszy mnie jej lenistwo. Jak tylko może, bawi się leżąc. Nawet wodę potrafi pić na leżąco! Najszczęśliwsza jest wtedy, kiedy kładę się obok i np. daję wytargać za włosy lub pogryźć za ręce. Jeszcze nie do końca potrafi kontrolować siłę zacisku szczęk. Machania w koło łapami nie kontroluje kompletnie, więc trzeba uważać, bo z tego całego psiego szczęścia można nieźle dostać po twarzy. Ale wybaczamy jej. Przecież to tylko szczeniak. Nieważne, że waży już pewnie z 18 kg!

 

Pierwszy śnieg w życiu - zdziwienie
 
Zabawa w śniegu - super!
 
22:45, lab_rat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 grudnia 2007

Połowiczny sukces wychowawczy. Dwa razy kupka i trzy razy siku zrobione na dworze, odpowiednio pochwalone i nagrodzone psim ciasteczkiem. I chyba najważniejsze - pierwsza wizyta u weterynarza.

Z naszą Zulą mamy jeden problem - ma już ponad trzy miesiące i nie była jeszcze szczepiona. Na dodatek, z tego co wiemy, miała kontakt z innymi psami, więc była narażona na wszelkie psie epidemie z nosówką na czele.

Ludzie! Szczepcie szczeniaki! Nawet jeśli zamierzacie je oddać. Ryzyko zarazenia się jedną z groźnych i w bardzo wielu wypadkach śmiertelnych chorób wirusowych jest zbyt duże i chyba nie warte oszczędności tych kilkunastu złotych na szczepionkę. Osiedlowe trawniki to istne wylęgarnie psich plag.

Kiedy Zula przyszła do nas miała lekki stan podgorączkowy i powiększone migdałki. Weterynarz stwierdził, że może to być zwykła psia angina lub, niestety, pierwsze objawy nosówki. Mała dostała antybiotyk. Na szczęście następnego dnia gorączka spadła a pies czuł się wyraźnie lepiej. Musimy ją jeszcze obserwować przez kilka dni, mierzyć temperaturę i podawać leki, ale wydaje się, że ryzyko nosówki zostało zażegnane. Spokojni będziemy jednak dopiero za jakiś tydzień kiedy maluch, po skończeniu leczenia, zostanie wreszcie zaszczepiony.

 

Nowy członek naszego stada
 
19:19, lab_rat
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2